Manipura to ogień. To siła woli, sprawczość, poczucie własnej wartości. To miejsce, w którym wypala się nasze żelazne ja i zaczyna się proces stawania się sobą. Odrębną, świadomą, wewnętrznie samosterowną osobą. Tym, co Carl Gustav Jung nazywał procesem indywiduacji.
Z czakry Manipury rodzi się nasze tak i nasze nie. Zgoda i sprzeciw. Bunt wobec schematów. Gotowość, by stanąć w opozycji do zastanego porządku. To jest ten moment w praktyce jogi, w którym naprawdę stajemy za sobą.
Joga nie służy temu, byśmy były wiecznie miłe, spokojne i uduchowione. Łatwo być uśmiechniętą joginką wśród innych uśmiechniętych joginek. Trudniej zachować siebie wtedy, gdy się nie zgadzamy. Gdy trzeba powiedzieć nie. Gdy trzeba się postawić.
Przeciwieństwem odwagi nie jest tchórzostwo. Jest nim konformizm.
Dlatego kiedy patrzę na Iranki tańczące i rzucające w ogień swoje hijaby, widzę czystą Manipurę. Kiedy przypominam sobie kobiece protesty i hasło, które brzmiało po prostu „wyp@”, to też była Manipura.
Niech więc wiruje czakra Manipura.












